| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
01. Przeczytane w 2012
02.Przeczytane w 2011
03.Przeczytane w 2010
04.Przeczytane w 2009
05.Przeczytane w 2008
06.Przeczytane w 2007
07.Książki,które się pamięta latami
08.Niedoczytane
09. Nie tylko czytam
10.Zakładki go książek
11 .Kontakt
12. Tu jest kulturalny klimat

Free Hit Counters
Pracoholizm - nie, Akoholizm - nie, Nikotynoholizm -nie, Seksoholizm - nie, Zakupoholizm - nie, Telefonoholizm - nie, KSIĄŻKOHOLIZM - yes, yes, yes !!!

Z

poniedziałek, 04 czerwca 2012

Książka dla twardzieli, czyli dla mnie w sam raz

Podobna historia do opowiedzianej w książce Witaj w piekle. Młody, piękny, dobrze prosperujący…, a potem już tylko trauma i walka o przetrwanie.

 Nie jestem smakoszem narkotyków, ale ta książka zmusza do zastanowienia się „ czy posiadanie narkotyku w ilości tak dużej jak łebek szpilki stanowić powinno podstawę do pozbawienia wolności na kilka lat?” Chyba nie tylko dla mnie to pytanie jest trochę absurdalne. Mimo wszystko w cywilizowanym państwie kara powinna być adekwatna do popełnionego przestępstwa.

 Oczywiście tak naprawdę w książce nie o posiadanie chodziło, ale o niewręczenie łapówki w odpowiednim momencie odpowiedniej osobie. Potem sprawy potoczyły się szybko i na długo bohater tej książki utracił swą wolność.

 

 Z okładki:

Wstrząsająca, autobiograficzna opowieść, przywodząca na myśl "Midnight Express" czy "Papillona". Jest lipiec 2003 roku. Tig Hague, młody bankowiec, wylatuje w rutynową podróż służbową, na spotkanie z rosyjskimi klientami. Na lotnisku w Moskwie w jego starych dżinsach celnicy odkrywają okruchy haszyszu, pozostałe z weekendowej zabawy. Kilka godzin później Tig jest już w więzieniu, a wkrótce potem w obozie, w zonie 22, położonej na odległych pustkowiach Mordwy... Niewiarygodna i prawdziwa rzecz o ludzkiej bezsilności i zderzeniu cywilizacji, pełna szczegółów z potwornego życia we współczesnym, rosyjskim łagrze.

piątek, 10 lutego 2012

Oto jest pytanie czy Antoni miał powołanie?

     Ciekawa jestem, jaka byłaby wasza odpowiedź po przeczytaniu tej książki. Odpowiedź wcale nie jest prosta.

Może wspomnienia ubarwione, a może nie.

Może miał Antoni powołanie, a może nie.

Może chciał tylko wyrwać się z wiochy i środowiska bez perspektyw.

Może chciał tylko zrobić karierę i wydawało mu się, że tę karierę zrobi za klasztornym murem?

Może Antoni miał powołanie, ale wysoko postawił poprzeczkę światu, w którym postanowił żyć?

      Wszystko w tej książce zostało postawione na głowie. Ci, którzy powinni żyć w ubóstwie (franciszkanie) opływają w dostatek. Ci, którzy głoszą przykazanie miłości (franciszkanie, bonifratrzy) zakazują przyjaźni. Ci, którzy mają dochować tajemnicy spowiedzi, wcale nie są na tyle wiarygodni, że tej tajemnicy dochowują. Ci, którzy składali śluby czystości żyją w związkach homoseksualnych.

      Możemy dojść do wniosku, że Antoni nie miał jednak powołania, ale jednocześnie nie można odmówić mu wytrwałości. Dziesięć lat próbował zostać zakonnikiem.

 Warto przeczytać? Oczywiście, że warto!

 

 Z okładki:

„Moim domem były mury klasztorów. To, co się za nimi działo, tworzyło mój świat. Byłem tam dzień po dniu, noc po nocy, przez wiele lat. Wszystkie opisane sytuacje to autentyczne fakty z mojego życia. Zmieniłem jedynie imiona bohaterów. Bo to nie o nich pragnę pisać, ale o prawach i zwyczajach rządzących zakonną codziennością. I o moich w tamtej „swoistej” codzienności pokręconych losach”.

wtorek, 26 lipca 2011

Lojalność ponad wszystko

     Przeczytałam sporo książek o Henryku VIII i… postanowiłam bliżej przyjrzeć się teraz Elzbiecie I.

     Ziemskie radości w pewnej mierze umożliwiają bliższe poznanie Elżbiety I. Choć akcja Ziemskich radości rozgrywa się w czasach rządów Jakuba Stuarta- następcy Elżbiety I, to bohaterowie sięgają pamięcią do rządów Elżbiety I przez co poznajemy bliżej jej charakter, upodobania, sposób rządzenia. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że Ziemskie radości to nie książka biograficzna, ale fikcja. Mimo to, biorę pod uwagę to, że Pillippa Gregory ukończyła studia historyczne, uzyskała doktorat z literatury, więc myślę, że jej książki zawierają jakieś ziarno prawdy o postaciach historycznych.

      Na początku książki lojalność ogrodnika Johna Tradescanta wzbudziła mój szacunek. Poza tym podziwiałam jego  wrażliwość na piękno przyrody jaka u mężczyzn chyba rzadko się zdarza. Ale w miarę coraz większej liczby przeczytanych stron ta lojalność ogrodnika zaczęła mi ciążyć, zaczęła mnie irytować, tak samo zresztą jak żonę Tradescanta i jego syna.

    Lojalność to cecha raczej pozytywna (piszę raczej bo w tych zwariowanych naszych czasach już nie wiadomo co jest pozytywne a co nie), ale w postępowaniu Tradescanta widzę lojalność, ślepą, bezgraniczną, głupią. Z lojalności powinny zrodzić się czyny dobre. Natomiast z lojalności Tradescanta zrodziło się zło, wyrzuty sumienia, morderstwo.

      Już dawno książka czy raczej bohater książki nie wzbudził we mnie tylu skrajnych emocji. A irytacja rosła z każdą przeczytaną stroną. Gdybym nie przeczytała wcześniej innej książki P.Gregory, to pomyślałabym, że autorka nieudolnie zobrazowała miłość mężczyzny do mężczyzny. A teraz mam „zagwozdkę”, nie wiem czy autorka celowo zobrazowała homoseksualistów negatywnie czy tylko ja odebrałam łączące uczucie bardzo, bardzo negatywnie. Wracam wspomnieniami do filmu Tajemnica Brokeback Mountain i mam przed oczami film wyjątkowy. Natomiast czytając  Ziemskie radości czułam niesmak, obrzydzenie. A może o to chodziło autorce tej książki? Nie wiem.

  ~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Z okładki:

 John Tradescant, podróżnik i ogrodnik, choć pochodzi z nizin społecznych, jest powiernikiem polityków, arystokratów i samego króla. Tradescant jest ogrodnikiem genialnym, a jego zdrowy rozsądek i trzeźwe spojrzenie na swiat czynią zeń sługę niezastąpionego, zwłaszcza gdy staje się świadkiem i uczestnikiem sekretnych intryg na dworze królewskim. Niestety, tak jak Karol I, i John traci głowę dla diuka Buckinghama, najpotężniejszego człowieka w Anglii. Wszystkie zasady, którymi kierował się do tej pory, zostają podważone, jego własny świat staje na głowie, a kraj zmierza nieuchronnie do wojny domowej.

 

wtorek, 19 lipca 2011

In vitro czy surogatka?

     Do przeczytania tej książki zostałam zmuszona indywidualnie-haha.  Zmusiła mnie do tego koleżanka, która lubi literaturę łatwą, prostą i przyjemną, więc ja się tak strasznie opierałam podejrzewając to i owo. Na nic. I bardzo dobrze się stało.

Pierwsze strony zabawne, po kilkunastu stronnicach owszem jest wesoło, ale jakby mniej. Napięcie rośnie.

Ta książka mimo kpiarskiego tonu zmusza do zadania sobie prostego pytania „po co człowiekowi potrzebne są dzieci?” Odpowiedź bynajmniej nie jest już taka prosta. Motywy mogą być przeróżne. Muszę mieć dziecko, bo:

- dziecko ma być potwierdzeniem mojej kobiecości, męskości

- potrzeba spłodzenia dziecka wynika z nacisków rodziny i bliskich

- dziecko jest mi potrzebne dla dziedziczenia majątków, biznesów rodzinnych?

-  kierują mną pobudki egoistyczne-  kto się będzie staruszkiem opiekował na starość?

-  dziecko potrzebne mi po to, bym zaspokoił swą potrzebę opieki nad małym,  bezbronnym jeszcze człowiekim

- dziecko potrzebne mi do scementowania małżeństwa

- dziecko potrzebne mi, bo koleżanka właśnie urodziła- ach ta zazdrość

Każdy z nas może sobie odpowiedzieć w swoim sercu, co jest dla niego priorytetem.

 

     Mimo, że lubię książki pisane takim kpiarskim, szyderczym tonem, to jednak w tej książce zaczęło mi to przeszkadzać. Bo podejmowanie decyzji kontrowersyjnych moralnie jest bardzo trudne i niejedna łza spłynie z twarzy zanim kobieta zdecyduje się na In vitro czy poszuka surogatki. I niejedno małżeństwo się rozpadnie, bo nie przetrzyma takiej próby.

     Super, że Pani Szwaja podjęła tak trudny temat. I pięknie wszystko się kończy. Aż żal, że nie każda historia bezdzietnego małżeństwa kończy  się takim happy endem.

 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Z okładki:

Ryba fugu jest bardzo smaczna, ale jeśli będziemy obchodzić się z nią nieostrożnie - możemy otruć siebie i współbiesiadników. Na śmierć. Podobnie z naszym życiem. Jest ono jak potrawa dla inteligentnych. Trzeba zawsze myśleć o tym, co robimy, jakie decyzje podejmujemy - choćby targały nami szekspirowskie zgoła emocje - inaczej może się tak zdarzyć, że ktoś (my sami?) zapłaci wysoką cenę za nasz brak rozwagi. Kobieta chce mieć dziecko - czy to zbyt wielkie żądanie? Chce być matką - czy jest w tym coś złego? Wykorzystuje możliwości, które daje współczesna nauka - po to jest nauka! W pewnym momencie jednak schodzi z bezpiecznej ścieżki - emocje wzięły górę, rozum zasnął, obudziły się upiory. Kobieta podejmuje decyzje, nie licząc się z nikim. Ważne jest tylko osiągnięcie celu. Młoda dziewczyna, studentka - rozsądna, inteligentna, zrównoważona - chce studiować na mało opłacalnym kierunku, dla własnej satysfakcji teraz i w przyszłości. Jest osamotniona w swoich dążeniach, rodzice widzieliby ją na bardziej praktycznych studiach, a w przyszłości w rodzinnym biznesie. Dziewczyna nie ma wsparcia z ich strony. Przyjaźń kolegów z uczelni nie wystarczy na mieszkanie, jedzenie, życie. Dziewczyna podchwytuje podsunięty jej pomysł na zarobienie pieniędzy i od razu wie, że podejmuje ryzyko. Nie wyobraża sobie jednak rozmiarów tego ryzyka. Obie te młode kobiety przypominają trochę kucharza, który beztrosko bierze rybę fugu za ogon i w całości wrzuca ją do garnka z zupą. Ktoś będzie musiał zapłacić za ten brak refleksji... a cena może być wysoka.

   

21:04, jolad6 , Z
Link Komentarze (5) »
piątek, 24 września 2010

 Człowieku co ty wiesz o ruandyjskim piwie bananowym (urwagwa)?

Całkiem niepoważne pytanie po przeczytaniu całkiem poważnej książki. Tak często Paul powołuje się na moc tego napoju, że chciałoby się skosztować. Chociaż Europejczykom podobno nie smakuje chciałabym spróbować. Kto wyjeżdża na piwo do Ruandy? Ja się piszę na listę chętnych. „Bez piwa nie zapraszaj gościa”- bardzo mi się podoba motto ojca bohatera tej książki.

A teraz całkiem poważnie:

Wojna domowa w Ruandzie dwóch grup etnicznych Hutsu i Tutsi trwała od 6.04-4.07-1994 roku, a pochłonęła 800 tysięcy Ruandyjczyków. Ginęło osiem tysięcy Ruandyjczyków dziennie! Paul stwierdza, że było to najszybsze ludobójstwo w historii świata- i pomyśleć, głównie za pomocą maczet.

Bardzo przewrotny tytuł. Bowiem uratować ponad 1000 osób w czasie rzezi nie jest czymś zwykłym. Bohater tej książki to taki Oskar Schindller, tylko 50 lat później. Był dyrektorem hotelu Mille Collines, posiadał niesamowite zdolności negocjacyjne i miał na dodatek chęć  uratować ponad 1000 ludzi.

 Belgia, Francja, Stany Zjednoczone i wśród tych mocarstw mała Runda. Żadne z państw nie miało interesu, aby przerwać tę rzeź. Paul w swoich wspomnieniach dokonuje oceny układów  politycznych i eksponuje bezsilność ONZ.

 Do wojny domowej w dużej mierze przyczyniło się ruandyjskie radio nawołujące do "wytępienia karaluchów" (to Tutsi). Warto to sobie uzmysłowić,  kiedy dziś w Polsce media nie przekazują nam faktów, abyśmy my obywatele mogli sami ocenić zjawiska zachodzące w Polsce czy na świecie, ale dziennikarze przekazując wiadomości dokonują „przy okazji” oceny zdarzeń za nas. Bardzo mi się to nie podoba. W związku z tym coraz rzadziej słucham wiadomości.

Na podstawie książki nakręcono film „Hotel Ruanda”. I i i  po obejrzeniu filmu  stwierdzam, że główny bohater (Don Cheadle) nie był dla mnie absolutnie przekonujący. Nie zostały w filmie dostatecznie wyeksponowane zdolności negocjacyjne Paula.  Nawet obecność na ekranie takich aktorów jak: Nick Nolte (w roli pułkownika Olivera)  czy  Joaquin Phoenix (w roli Jacka) nie uczyniła filmu bardziej wiarygodnym. Film był dla mnie po prostu mdły i blady. Czujęniedosyt.

A książkę polecam.  

 

 
1 , 2